Browsing Category

JA MATKA

JA MATKA

Czy uda się wskrzesić zabity blog?

Po raz pierwszy, od miesięcy, chcę tu napisać.
Zmiana szablonu, by ożywić bloga, co radzi Jason Hunt w moim przypadku się zupełnie nie sprawdziła. Zabiłam go.

Rozmyślałam ostatnie kilka miesięcy co z tym fantem zrobić: pisać, nie pisać jak dalej?
Wydaje mi się, że dotychczasowa formuła przestała się sprawdzać.

Mała Zu już nie jest taka mała i pora zostawić jej prywatność.

Czuję jednak, że ja JAKO MATKA mam jeszcze czasem coś do powiedzenia.
Chciałabym więc dotychczasową formułę zmienić na taką jak nazwa bloga JESTEM MAMA.
I o mnie, jako matce będzie.

JA MATKA

Czy puścić sześciolatka do szkoły?

sześciolatki do szkoły, pierwsza klasa, reforma szkolnictwa, nauczanie początkowe,

Gorący temat ostatnich dni.

Co robić?

Chodzę i obserwuje, niektórzy rodzice maja potwornego stresa z tym wszystkim.
 I w ogóle się nie dziwię.

Jest tak: nie we wszystkich przedszkolach są zerówki-warunki lokalowe są jakie są, a budynek przecież nie jest z gumy.

Zerówek, też nie ma we wszystkich szkołach. Czyli może być tak, że na ten jeden rok dziecko zostanie wyciągnięte ze znajomego mu środowiska jakim jest przedszkole i wrzucone do zerówki w jakiej będzie miejsce, ale wcale nie musi to być jego przyszła szkoła podstawowa.

Stres razy dwa.
Nie zazdroszczę.

Wracamy do pytania :
Czy puścić sześciolatka do szkoły w takiej sytuacji?
Dodać do tego można też inne pytania:

1. Czy dziecko jest gotowe emocjonalnie do szkoły/ gotowe do nauki?

Jeśli
jest dociekliwe, zainteresowane poznawaniem świata. Ma poczucie
przynależności- co znaczy, że lubi jakąś konkretną grupę osób  i rozumie zasady jakie w takiej grupie panują, to jest gotowe na szkołę.
Jeśli chodzi o kwestię emocjonalna to może wiedza, że większość pierwszych klas to taka trochę zerówka jest uspokoi niektórych.
Klimat przedszkolny i wprowadzanie powoli w dryg.

W przyszłej szkole Małej Zu, nie ma dzwonka, a przerwy są zarządzane przez nauczyciela- który po  spadku uwagi dzieciaków decyduje czy czas na przerwę czy jeszcze nie.
Nie ma podziału na polski, przyrodę itd. Tematy się przeplatają po to, żeby totalnie dzieciaków nie zanudzić.

 2. Co zrobić jeśli w klasie będzie dużo dzieci, które już były w I klasie, bądź są starsze? 

W takiej sytuacji na dzień dobry ten 6 latek musi się zmierzyć z grupą dzieci, które już trochę potrafią, czyli od razu  trafia do ogona.
To nie jest fair prawda?

Rozwiązanie jest jedno- takie jak dzielenie jednego rocznika na dwie grupy w przedszkolach.
W jednej klasie będą dzieci siedmioletnie i powtarzające, a w kolejnej pierwszej, świeżaki, czyli nasze sześciolatki.
Taki pomysł brzmi logicznie i tak ma być w szkole Małej Zu.

Wiadomo, że może nie być idealnie i że jednak trafi się na jakieś siedmiolatki, ale tu trzeba liczyć na łut szczęścia i na mądrego nauczyciela, który podoła takiej sytuacji.

3.Jak rodzic może pomóc dziecku przed pójściem do szkoły?

To wiem z zebrania w Zu ewentualnej przyszłej szkole, sama nie jestem taka mądra 😉 :

-ćwiczenie ręki-czyli lepienie z plasteliny, bądź ciasta
-są takie trójkątne kredki, które pomagają dzieciom wypracować tzw. chwyt pisarski, czyli odpowiednie trzymanie ołówka/długopisu ( nigdy nie wiedziałam, czemu robią takie kredki..)

– wyszukiwanie liter np. w gazecie- taka niby zabawa 😉
-pisanie w powietrzu bądź palcem po dywanie
-dzielenie wyrazów na sylaby
-gry typu memo
-piosenki, wierszyki
-zagadki
– dzielenie przedmiotów na grupy, czyli np. warzywa do warzyw, owoce do owoców itd.

-nie wyręczać!
-nie oszukiwać przy planszówkach, żeby wygrało (zdarza mi się). To trudna lekcja uczenia się co to jest porażka i jak sobie z nią radzić.


Wracamy do pytania: czy puścić sześciolatka o szkoły?

 My decydujemy się na pierwszą klasę.  Najbardziej martwi mnie sprawa emocjonalna, jak sobie z tym da radę. Mała Zu jest nerwusem
(ciekawe po kim to ma?), z reguły chce być szefem każdej zabawy- w
szkole trafi na równych sobie. Zastanawiam się jak sobie z tym poradzi?
Chociaż z drugiej strony, takie społeczne umiejętności nabierała już
przecież w przedszkolu.
 Plusem u nas, jest mała szkoła, jakbyśmy mieli moloch do rozważenia pewnie nie byłabym taka optymistyczna.

Przerażało by  mnie też przerzucanie dziecka między różnymi placówkami, czyli to co napisałam na samym początku, przedszkole w jednym miejscu, zerówka gdzie indziej, szkoła jeszcze gdzie indziej.

Jednak jeśli czujemy, że nasz sześciolatek potrzebuje jeszcze czasu, to dajmy mu go. Szkoła przecież nie ucieknie a  jak to się mówi :
Dobry start jest tego wart ;).

JA MATKA, ZDROWIE

Chore dziecko a etat

Spotkało mnie ostatni coś bardzo, bardzo przykrego.
Zlikwidowano moje miejsce pracy :( Pracy, w której spędziłam 8 lat i w której poznałam masę fantastycznych osób.
 Dodam, że bardzo lubiłam swoją pracę, i jak to mówiono w filmie Diabeł ubiera się u Prady– „każda dziewczyna dałaby się za taka pracę zabić”- czy jakoś tak ;).
To duże szczęście, myślę sobie, tak trafić, nawet na jakiś czas.

Mam jednak takie niezbyt miłe uczucie po tym wszystkim.
Zostały zwolnione osoby, które mają małe dzieci.

Co za tym idzie? 
 Małe dzieci, to choroby, wizyty u lekarza w godzinach pracy, nie przewidziane telefony z przedszkola, że trzeba jechać i szybko odebrać bo chore.
Dla pracodawcy, co rozumiem, nie jest to komfortowe, bo teoretycznie na takiego pracownika nie może liczyć w 100%.

Jak więc sobie z tym radzić? Jak sobie radzą dziewczyny, które są same, bez babć i osób, które mogłyby pomóc?

Jak dziecko idzie do przedszkola, to siłą rzeczy rezygnuje się z niani, jeśli wcześniej była. Znalezienie osoby, która byłaby zainteresowana pracą jako niania-tylko na czas chorowania graniczy z cudem (wiem z doświadczenia, próbowałam!).
Ja jestem tą szczęściarą, która ma mamę niedaleko i ona czasem mi pomaga. Jednak nie wymagam od niej zrezygnowania ze swojego życia, żeby zajmowała się Małą Zu zawsze i o każdej porze. Szanuje jej życie i jej plany. Cieszę się z tego co daje.

A co robią dziewczyny, które są same, których rodziny są daleko od miejsca zamieszkania? Jak godzą pracę na etacie i takie sytuacje? Wiem, jak to jest bać się o pracę, czuć się rozdartym.

Nie czuję pomocy ze strony państwa, w zasadzie prawie żadnej. Tfu tfu!! Mała Zu dostała się do państwowego przedszkola, ale to był chyba jakiś łut szczęścia! Znam masę dziewczyn, które tego szczęścia nie miały.
Przedszkole prywatne to 1300zł miesięcznie, mnie więcej. Niania na etacie ok. 2000zł bądź więcej (mówię z własnego doświadczenia).
 Chodzenie na zwolnienie, to też przecież obcinanie pensji, branie niani (jak się takową chętną znajdzie) to kolejne wydatki.

Jak to wszystko pogodzić??? Jak decydować się na kolejne dziecko? Czy to właśnie jest polityka prorodzinna?

Mam głowę pełną pytań.

ps. Nikomu nie życzę bycia zredukowanym :(

JA MATKA

Macierzyństwo non-fiction

macierzynstwo non-fiction

To jest post, nad którym myślę od dawna. Prawdę mówiąc już robiłam do niego podejście, ale trochę się przestraszyłam, bo wielu osobom to może się nie spodobać. Jakoś wówczas się tym przejmowałam, a teraz?
 Hm, myślę że dobrze jest POWIEDZIEĆ PRAWDĘ, a to przecież mój blog ;).

Macierzyństwo. Kreowanie idealnego wizerunku w mediach, wśród znajomych. Przechwalanie się czyje dziecko co potrafi- taki trochę konkurs nie? Nigdy nie zapomnę wizyty u mojej znajomej, która na każdym kroku mnie strofowała:

-Nie dajesz jej tego do jedzenia? Ja daję -i tu lista samych zdrowych składników.
– Nie słuchacie wierszyków?? Przecież dziecko trzeba bodźcować!
-Nie powiesiłaś na ścianach literek?! To już jest za późno.. ( Mała Zu miała wtedy 3 lata).
Wyszłam od niej jak zbity pies. Potem się ogarnęłam i pomyślałam, że chyba nie chcę jej więcej odwiedzać. Basta.

Jak byłam w ciąży wiedziałam, że będzie ciężko i tak dalej. No wiadomo dzieci nie śpią, płaczą.
Jednak zrobiłam sobie w głowie taki „idealny obrazek” jak to będzie. I tu klasyka gatunku: dam sobie przecież z wszystkim rade!!. Dziecko będzie zadbane i szczęśliwe, ja uśmiechnięta ze zrobionymi paznokciami i bez  odrostów. Oprócz tego przecież będę na bieżąco z tym co się dzieje w świecie itd.

Przez wiele miesięcy potrafiłam zwlekać się o 7 rano z łóżka (przy nie przespanej nocy), czy trzeba było czy nie trzeba, żeby doskoczyć do tego mojego idealnego obrazka. Pamiętam, któryś dzień o tej 7 rano, pod prysznicem  dostałam drgawek  i zawrotów głowy, ze zmęczenia.

Potem zaczęłam chorować, moje ciało się zbuntowało. Zaczęłam odwiedzać lekarzy, aż jeden mi powiedział :

-Musi pani odpocząć.
Okropnie się na niego wkurzyłam.
-Odpocząć?! Jak to odpocząć?? Przecież ja mam dziecko- i poszłam sobie.

Trwało to i trwało. Jakaś taka zrobiłam się  elastyczna, chciałam być dobrą żoną więc też rzadko kiedy mówiłam, że coś mi nie pasuje.  Jednak z czasem to zaczęło zmieniać się w takie „cegiełki” nie wypowiedzianych nieporozumień między mną a tatą Małej Zu.

Pamiętam, że nawet napisałam  post, o tu 
Zauważyłam, że wiele par przez to przechodzi.
Teraz już wiem, że każdy musi znaleźć swoje miejsce w nowym układzie. Słowo partnerstwo, jest tu bardzo ważne.

macierzynstwo non- fiction

Moja cierpliwość pewnego pięknego dnia po prostu się skończyła. Miałam ochotę roztrzaskać całą zastawę jaką mamy.
Doszłam
do wniosku, że balansuję na linie. Jestem pełna skrajnych emocji i zaczynam ocierać się o szaleństwo. Myślałam o sobie, że jestem
najgorszą matką świata, że po prostu nie nadaję się do tej roli.

Mała Zu jest najlepszą córką jaką mogę sobie wyobrazić. Mamy ze sobą niewiarygodną więź. Czuję do niej PRZEOGROMNĄ MIŁOŚĆ, ale  przyznam się, że czasem naprawdę jej nie cierpię.
 Przez te sześć lat miałam kilka takich momentów kiedy chciałam  UCIEC, tak naprawdę UCIEC NA KONIEC ŚWIATA. Od tego poukładanego życia, tych nie kończących się obowiązków, tej listy zadań do zrobienia.
Tak strasznie tęskniłam za mną wcześniej, za beztroską dziewczyną bez problemów. Miałam poczucie, że zmieniłam się w zrzędę z wiecznie wykręconą ze złości gębą.

Macierzyństwo było dla mnie wielkim poświęceniem. Stawianiem siebie na końcu kolejki w różnych sytuacjach. Rezygnowanie ze swoich potrzeb, marzeń. Jednak żeby było jasne, nie robiłam tego z uczuciem, że coś muszę. Ja tego chciałam. Tylko czemu potem było mi  tak źle?

To wszystko to wspaniałe, bogate doświadczenie. O słodko- gorzkim smaku. Czasem nawet bardziej gorzkim.
 Denerwuje mnie ten infantylny i cukierkowy wizerunek w mediach jak to jest wspaniale.
Jest wspaniale, ale czasem i STRASZNIE. I to, że tak czujemy jest NORMALNE. To cały wachlarz emocji.

Od kiedy zostałam mamą jestem o niebo lepiej zorganizowana. Udaje mi się realizować moje pasje. Myślę, że nawet robię dużo więcej niż kiedyś.  To da się zrobić tylko trzeba znaleźć BALANS.
Równowagę, ustawić sobie priorytety i nie przejmować się bzdetami.

I przede wszystkim DBAĆ O SIEBIE. BYĆ DLA SIEBIE DOBRĄ.
To wszystko.

p.s To jest chyba najdłuższy tekst w ciągu tych prawie 6 lat!

JA MATKA

Czy sześciolatki też mają kryzys??

Mała Zu ostatnio jest nie do poznania. Kłóci się na potęgę, walczy z nami, nie można jej nic powiedzieć.  Wiem, dzieci tak mają, ale prawdę mówiąc jestem z lekka załamana.
Dzisiaj hitem było: mama jest od sprzątania a tata to głupi osioł.
W skrócie.

Co robić????

JA MATKA

Nie wiem czy Cię kocham

-Mamo, nie wiem czy cię kocham
-Czemu tak mówisz?
-Bo myślę że jesteś  tylko opiekunką
-Wiesz, Mała Zu zrobiłaś mi teraz wielka przykrość tymi słowami. Dobranoc.
Wstałam i wyszłam.

Zatkało i zabolało, jak cholera.

JA MATKA

O zasypianiu przedszkolaka

-Zu, jak to jest. Jak miałaś dwa latka usypianie ciebie było dużo łatwiejsze. Bajka, śpiewanie, przytulanie, zasypianie. A teraz? Bajka jest, przytulanie, a ty nadal nie chcesz spać. Przecież masz już prawie sześć lat- powiedziałam zmęczonym głosem po kolejnym wieczorze trwającym w nieskończoność.

-Mamo, ludzie się zmieniają- spokojnie odpowiedziało moje dziecko.

JA MATKA

Mańkut. Czy ktoś jeszcze tak mówi??

Jestem w naszym okolicznym warzywniaku. Obok stoi młoda matka z córką.
Dziewczynka jest w wieku podobnym do Małej Zu. Matka jest wyraźnie poirytowana (rozumiem, sama często tak mam). Słucham co mówi (nie da się inaczej 😉 ).

-Zostaw już te ogórki! (mała nakłada ogórki kiszone do torebki). Zostaw je! Nie umiesz nakładać!  Co ty nakładać nie umiesz?! i lewą ręką? LEWĄ RĘKĄ? CO TY, JAK JAKIŚ MAŃKUT!!!

Wszystko to  powiedziała takim tonem, jakby była to naprawdę NAJGORSZA rzecz na świecie.

Powiem szczerze, że trochę mnie zatkało. Wydawało mi się, że słowo „mańkut” już nie funkcjonuje.  Nie mówiąc o tonie wypowiedzi. Wymownie zaczęłam się na nią gapić, zignorowała mnie koncertowo. Zabrakło mi odwagi na jakąś werbalną, sensowną odpowiedz.

Przeszłam tylko ostentacyjnie obok, trzymając dwa jabłka w LEWEJ ręce.
Tak, poczułam się osobiście urażona.

To w sumie śmieszne, że przejmuje się takimi głupotami ;).

JA MATKA

Dlaczego mnie tu ostatnio nie ma?

Chciałabym wam przedstawić moje nowe „internetowe dziecko”, które jest sprawcą braku czasu na przyzwoite posty na jestemmama.

Nie jest tak, że u nas nic się nie dzieje. O nie, nie. W głowie mam kilka ważnych tematów, które czekają na swoją chwilę (np. jak to jest podróżować daleko z przedszkolakiem- moje refleksje, napady złości- i co z nimi robić? (mamy, czy wasze przedszkolaki też  AŻ tak  mają?!) i jeszcze kilka innych.

A tymczasem przedstawiam wam  saladbooka.
Możecie tam  znaleźć  łatwe i całkiem udane (według mnie oczywiście 😉 ) sałaty, pasty na kanapki, smoothies i inne. Wszystko to, co chodzi mi po głowie i co testuję też na Małej Zu (z większą bądź mniejszą aprobatą) ;).

 www.saladbook.com.pl

JA MATKA

Minimalizm w życiu codziennym

minimalizmy w szafie, minimalizm w życiu codziennym, za dużo ciuchów

Robiłam porządki w szafie Małej Zu i okazało się, że ma około 30 par spodni!! Co za przesada!
Dodam, że ona nie chodzi w spodniach prawie wcale..

Rozmyślam też ostatnio dużo o idei minimalizmu.
O tym, jak wiele ma się rzeczy, których tak naprawdę wcale nie potrzeba. Nad gromadzeniem.
Małymi krokami wprowadzam zmiany w nasze życie. Moja szafa została już ogarnięta, zabrałam się za Zu.
Jak widać na załaczonym obrazku, w ostatniej chwili… 😉